sobota, 5 sierpnia 2017

Pielgrzymowanie dla Matki Bożej Fatimskiej przez Archidiecezję Wrocławską

Obecnie są organizowane różne intensywne kursy i wydarzenia mające na celu intensywne przygotowanie w krótkim czasie. Bardzo chciałam przejść planowaną najdłuższą trasę Matki Bożej Fatimskiej liczącą 144 km za jednym wyjściem bez noclegu co by dało 5 dni intensywnego pielgrzymowania.

Trasa: Wrocław, Kościół NMP Fatimskiej - Wrocław, Kościół NMP Fatimskiej przez Tyniec Mały, Żerniki Wrocławskie, Oleśnica
Długość: ok. 146 km

Wyruszyliśmy w trasę w 3 osoby: Przemek znany pielgrzym z kilku wcześniejszych wypraw, Tadek znany biegacz od trzydziestu kilku lat oraz ja. Rozpoczęliśmy Mszą Św. w parafialnym kościele św. Agnieszki we Wrocławiu o godz. 7:00 po której ksiądz proboszcz udzielił nam specjalnego błogosławieństwa dla pielgrzymów. Po Mszy Św. udaliśmy się do domów na śniadanie a następnie do kościoła pomocniczego Matki Bożej Fatimskiej na naszej parafii. W kościele wspólnie odmówiliśmy pierwszą stację i o godzinie 8:30 wyruszyliśmy w trasę. Chcieliśmy pokonać trasę marszobiegiem tak więc każdy z nas wziął tylko to co niezbędne aby nie mieć dużego obciążenia w plecaku. Pogoda nam sprzyjała Matka Boża piękną pogodę nam zesłała.
Tej nocy miałam piękny sen po którym odczułam, że trasa jest prosta, krótka i radosna. Nie zastanawiałam się nad długością dystansu postanowiłam, że będziemy skupiać się na bieżącym odcinku od stacji do stacji, to jest podobno najlepsza metoda pokonywania długich dystansów bez przeliczania kilometrów. :-)
Tadek od początku powiedział, że widzi się z księdzem raz do roku na kolędzie i nie widzi potrzeby uczęszczania na niedzielną Mszę Św. dlatego ucieszyłam się jego obecnością na porannej Mszy Św. i wspólnym odprawianiu stacji. Szanując zasady Tadka nie narzucaliśmy wspólnych modlitw ani rozmów o Bogu, każdy z nas modlił się bardziej indywidualnie.
Na początku próbowaliśmy więcej biegać, ale później przeszliśmy do marszu. Słonko stawało się coraz bardziej intensywne dlatego też marsz był najlepszym rozwiązaniem. Przed wyjściem z Wrocławia niedaleko kościoła NMP Królowej Polski zrobiliśmy postój połączony z zakupami i objadaniem się. Chwila moment i byliśmy w Zabrodziu za którym czekała nas przeprawa przez wielką kałużę na szerokość całej drogi, była to droga zamknięta dla samochodów, taka niespodzianka idziesz polną drogą na której jest znak z zakazem wjazdu.
Następnie doszliśmy do Nowej Wsi Wrocławskiej w której spotkaliśmy zagubione osoby z niesprawnym samochodem. Kierowca chciał wrócić do domu, ale GPS kierował go na autostradę, nie chciał jechać autostradą bo miałby wielki problem kiedy auto całkowicie by się zepsuło i pytał o drogę. Pokazałam mu na mapie gdzie jesteśmy i jak dojechać, wyszło, że mieszka niedaleko ode mnie. :-) Na wszelki wypadek niosę ze sobą papierową mapę, bo z GPS-em jest różnie. U mnie program do nawigacji przełączył się w nocny tryb z którego w żaden sposób nie dało się wyjść i przy dużym słonku praktycznie nic nie było widać, przy zachmurzonym niebie często nie łapie pozycji a czasem pokazuje, że jestem gdzieś daleko w tyle, bo nie zaktualizował położenia. :-) Najlepsza nawigacja pochodzi od Ducha Świętego – On zawsze wskaże drogę...
Tutaj był fragment ruchliwej drogi, którego w żaden sposób nie da się ominąć. Trasa do Tyńca Małego może iść przez Bielany od których trzeba odbić na mniej ruchliwe drogi ale wtedy to już jest inna trasa... Na tym odcinku staraliśmy się biec, żeby jak najszybciej uciec z tej drogi na polne szlaki... 
Szybko doszliśmy do Tyńca Małego gdzie zrobiliśmy dłuższy postój w sklepie oraz u Matki Bożej Fatimskiej w otwartym kościele. Modlitwa w takim miejscu dała dużo sił na dalszą drogę. A dalej było jak w bajce, no może bardziej jak w baśni, albowiem za Domasławem szliśmy ulicą „Starobaśniową”. Szliśmy polami, lasami, drogami, bocznymi ścieżkami, czasem miejscowościami aż doszliśmy do Żernik Wrocławskich w których zrobiliśmy postój w sklepie. Tadek wpadł na pomysł żeby kupić arbuza, który świetnie smakuje i nawadnia organizm. Można było go kupić tylko w całości, więc pani w sklepie podzieliła go na kilka części, zjedliśmy po dużym kawałku a resztę Tadek schował do plecaka. Wzmocnieni arbuzem szybko dotarliśmy do kolejnej stacji – Kościoła NMP Pompejańskiej w Żernikach Wrocławskich. Dzięki Bogu kończyła się Msza Święta i mogliśmy wejść na chwilę do kościoła żeby się pomodlić.
Wychodząc z kościoła spotkaliśmy księdza proboszcza, który spytał: „W jakim celu tutaj jesteście?”, Tadek odpowiedział: „Turystycznie.” a ja odpowiedziałam: „Pielgrzymujemy z Wrocławia przez Tyniec Mały”. Ksiądz na to powiedział: „Jak pielgrzymi to poczekajcie.”. Poczekaliśmy chwilę, po czym ksiądz zaprosił nas do środka i serdecznie ugościł tym co miał. Ksiądz powiedział: „To cały chleb, który mam, ale weźcie i zróbcie kanapki na drogę przed wami jeszcze wiele kilometrów do pokonania.”, ja na to: „Co ksiądz będzie jadł jak wszystko weźmiemy?”, ksiądz odpowiedział: „Idę na imieniny.” i nalegał żebyśmy wzięli, tak więc wzięliśmy kanapki i jeszcze kiełbasę na drogę oraz czekoladowe cukierki. Chwilę porozmawialiśmy, ale nie chcieliśmy przedłużać skoro ksiądz był umówiony...
Powoli dzień się kończył i robił się wieczór. Około 21-tej pierwszej dotarliśmy do kościoła w Radwanicach, gdzie bardzo mile przywitał nas ksiądz proboszcz w Radwanicach. Pomimo późnej godziny wychodził z kościoła i widząc, że pielgrzymujemy zapytał: „Czego potrzebujemy?”, poprosiliśmy o możliwość wejścia do kościoła i wspólną modlitwę oraz o coś do picia. Po wspólnej modlitwie w kościele chwilę usiedliśmy w zakrystii i porozmawialiśmy po czym w dalszą drogę się udaliśmy. Na koniec wspólnie odśpiewaliśmy Apel Jasnogórski, ksiądz udzielił nam Błogosławieństwa Bożego i odprowadził nas kawałek.
Dalej szliśmy wzdłuż wału i doszliśmy do Wrocławia. W tym miejscu trasa tylko minimalnie przechodzi przez Wrocław, ale Tadek spytał się: „Gdzie jesteśmy?”, ja mu na to: „We Wrocławiu niedaleko trasy Biegu Solidarności.” na to Tadek powiedział: „Wracam do domu, ponieważ nie widzę dalszego sensu, żeby się tak męczyć.” i odłączył się. Później sprawdziłam, że przebyliśmy wspólnie 55,5 km, po czym pobiegł do domu, tak więc łącznie przebył ok. 72 kilometry, przy czym do domu biegł już bez arbuza, którego dalej nosił Przemek. :-)
Biegliśmy przez most dla pieszych, a później szliśmy do Trestna, gdzie była kolejna stacja na szlaku św. Jakuba w kościele Niepokalanego Poczęcia NMP. Po krótkim postoju wyruszyliśmy w dalszą drogę przez obwodnicę Wrocławia i Kamieniec Wrocławski. Za Kamieńcem trasa prowadziła przez polne drogi, w pewnym momencie zobaczyliśmy kościół z daleka i pomyśleliśmy, że to jest już Kościół NMP Różańcowej w Nadolicach Wielkich, ale kiedy podeszliśmy bliżej to był kościół Narodzenia NMP w Dobrzykowicach. Co ciekawe w trakcie objeżdżania trasy rowerem wracając do domu też wyjechałam na Dobrzykowice. Pomyślałam o tym, żeby nie stawiać oporu łasce Bożej i poprowadzić tędy trasę...
Po dojściu do Nadolic Wielkich zrobiliśmy chwilę postoju na przystanku autobusowym przyglądając się pracy policji i dalej w drogę aby odwiedzić Matkę Bożą Różańcową w tej miejscowości. Z kościoła trasa przez krótki czas pokrywała się z tą, którą przeszliśmy 2 tygodnie wcześniej do miejscowości Brzezia Łąka skąd odbiliśmy na Kiełczów. Kiedy dotarliśmy do Kiełczowa zaczynało już świtać, nad ranem było bardzo chłodno więc przydała nam się folia NRC.
Dalej kierowaliśmy się na Oleśniczkę, spodziewałam się drogowskazu i asfaltowej drogi a tymczasem była tylko leśna droga. Za Oleśniczką zaczęła mnie ogarniać senność i nie bardzo pilnowałam drogę, która bardzo mi się dłużyła. Wiedziałam, że powinniśmy dojść do stacji w miejscowości Krzeczyn, ale nie było żadnych zabudowań. Poprosiłam o krótką przerwę żeby coś zjeść, pomyślałam, że jak cukier mi podskoczy to senność minie i będziemy w stanie poruszać się znacznie szybciej. Usiedliśmy i zjedliśmy po kawałku arbuza oraz coś z zapasów w plecaku plus jakaś końcówka wody. Przemek mówił, że przymierza się do zejścia z trasy w Oleśnicy, ja też rozważałam taką myśl, z powodu senności nie chciałam stwarzać zagrożenia na drodze.
Chwilę po odpoczynku poszliśmy dalej, bardzo się ucieszyliśmy widząc tabliczkę z nazwą miejscowości tylko zamiast Krzeczyna doszliśmy do Bystre po prostu minęliśmy jedną stację :-) Ja się bardzo ucieszyłam, że jesteśmy bliżej Oleśnicy niż się spodziewaliśmy i nabrałam nadziei na dalszą drogę... W Bystre odprawiliśmy zaległą stację i szybko doszliśmy do Oleśnicy.
Przy kościele NMP Fatimskiej w Oleśnicy byliśmy o 9:12, ale kościół jest ciągle w budowie tak więc weszliśmy do otwartej kaplicy przy kościele NMP Fatimskiej, pomodliliśmy się i poprosiliśmy kościelnego o wodę. Kościelny przyniósł nam połowę 5 litrowej butelki od księdza proboszcza i powiedział żebyśmy wzięli wszystko. Przez całą noc nie mieliśmy po drodze żadnego otwartego sklepu z wodą tak więc byliśmy już bardzo spragnieni. Przemek bardzo się ucieszył z ukończenia po raz kolejny 100 km i został w Oleśnicy a ja poszłam dalej. Wiedziałam, że przede mnę było jeszcze do pokonania więcej niż trasa maratonu, ale cieszyłam się, że jestem już tak daleko...
Byłam na mojej pierwszej trasie Matki Bożej Fatimskiej z Wrocławia do Oleśnicy, którą pokonywałam 13 maja w 100 rocznicę Objawień Matki Najświętszej. Czułam jak Łaska Boże mnie prowadziła. Doszłam do znanego mi miejsca za Smardzowem i pogubiłam się na polnych ścieżkach, które były mocno zarośnięte, zastanawiałam się nad zmianą trasy w tym miejscu, ale kiedy przebrnie się przez te chaszcze są super widoki, chcę żeby inni pielgrzymi też mogli je podziwiać...
Martwiłam się oto czy zdążę na Mszę Świętą w którejś miejscowości, ale w pewnym momencie powierzyłam tą sprawę Panu Bogu i odzyskałam pokój serca: „Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was.” (1 P 5, 7). Upał był coraz większy a ja popełniłam taki błąd, że nie wzięłam nic od słońca żeby nie dźwigać, zarzuciłam cienką kurtkę trochę na ramiona i szłam w zaparte. Kiedy doszłam do kolejnej stacji Kościoła Matki Bożej Różańcowej w Bykowie położyłam się na ławce koło kościoła w cieniu drzewa, nie trwało to zbyt długo, stwierdziłam, że nie mogę zasnąć muszę iść dalej w drogę...
Zmęczenie coraz bardziej mnie ogarniało, znajdowałam sobie taką wymówkę żeby odpoczywać jak sprawdzam trasę. Wcześniej sprawdzałam trasę na GPS-ie stojąc a teraz pozwalałam sobie na to żeby usiąść, wyciągnąć nawigację, upewnić się co do trasy, schować nawigację i iść dalej. Moja wędrówka nie była już zbyt efektywna, moje postoje stawały się coraz częstsze i nie wiem czy nie przysnęłam gdzieś na siedząco. Senność ponownie dawała mi się we znaki, ale na polnej drodze nie było zagrożenia dla innych uczestników ruchu. Dochodziłam do kolejnej miejscowości gdyż spotykałam wielu spacerowiczów, ale nie mogłam do niej dojść, ten mały cel bardzo mi się dłużył, to był dla mnie najdłuższy odcinek z całej trasy. Kiedy weszłam do miejscowości po krótkim czasie znalazłam otwarty sklep, kupiłam sobie loda na ochłodę i wybudzenie i poszłam dalej. Senność powoli ustępowała, ale przy takim upale nie miałam zbyt dużego tempa, po dojściu do miejscowości Pruszowice troskliwi ludzie spytali się mnie czy potrzebuję pomocy, podziękowałam za troskę i powiedziałam, że wszystko w porządku. W końcu doszłam do przedostatniej stacji kościoła św. Jana Pawła II w Pruszowicach, odmówiłam stację, usiadłam chwilę na przystanku żeby odpocząć i po raz pierwszy sprawdziłam na GPS-ie ile kilometrów zostało mi do końca trasy. Nie mogłam uwierzyć, kiedy zobaczyłam, że tylko 14 km to jest 2 x 7 km, cel był już bardzo blisko. Miałam wielką radość w sercu, ponieważ wiedziałam już, że ukończę trasę, ponieważ Bóg tak chciał, zrozumiałam wielkość danej mi łaski i Bożą Opiekę nade mną.
Kiedy doszłam do lasu to pogubiłam się w nim: „Nigdy w lesie nie polegaj w 100% na GPS-ie”, koniec końców wyszłam na łącznik w Długołęce a z niego tylko krok na Pawłowice. Dzięki Bogu zdążyłam na Mszę Św. na 18:00 do kościoła na Pawłowicach. Mój strój nie był zbyt idealny po tak długim pielgrzymowaniu, ale nikt mi nie zwrócił uwagi. Na Mszy Św. czułam jak stopy mi pulsowały i stanie sprawiało mi trudność, ale kontaktowałam wszystkie momenty. Po Mszy Św. poszłam do zakrystii poprosić księdza o wodę. Ksiądz napełnił mi cały bidon przegotowaną wodą, dał szklankę wody, którą od razu wypiłam w całości i dostałam paczkę delicji na drogę. Powiedziałam, że mogę się poczęstować kilkoma, ale ksiądz nalegał żebym wzięła wszystkie. Wychodząc z zakrystii kościelny powiedział, że tutaj niedaleko jest sklep i można było iść do sklepu, ale to jest takie piękne w pielgrzymowaniu, że człowiek doświadcza Boga obecnego w drugim człowieku. Pan Bóg chce uzdrowić człowieka z egoizmu i samowystarczalności, z myślenia typu: „Mam pieniądze więc pójdę do sklepu i kupię sobie co chcę”. Na tej trasie spotkałam trzech księży i każdy z nich podzielił się tym co miał nie oczekując nic w zamian.
Potem rzekł do swoich uczniów: «Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o życie, co macie jeść, ani o ciało, czym macie się przyodziać. życie bowiem więcej znaczy niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie. Przypatrzcie się krukom: nie sieją ani żną; nie mają piwnic ani spichlerzy, a Bóg je żywi. O ileż ważniejsi jesteście wy niż ptaki! Któż z was przy całej swej trosce może choćby chwilę dołożyć do wieku swego życia? Jeśli więc nawet drobnej rzeczy [uczynić] nie możecie, to czemu zbytnio troszczycie się o inne? Przypatrzcie się liliom, jak rosną: nie pracują i nie przędą. A powiadam wam: Nawet Salomon w całym swym przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, o ileż bardziej was, małej wiary! I wy zatem nie pytajcie, co będziecie jedli i co będziecie pili, i nie bądźcie o to niespokojni! O to wszystko bowiem zabiegają narody świata, lecz Ojciec wasz wie, że tego potrzebujecie. Starajcie się raczej o Jego królestwo, a te rzeczy będą wam dodane.” (Łk 12, 22-31)
Umocniona Eucharystią i Ciałem Pana Jezusa oraz ludzką życzliwością wyruszyłam w dalszą drogę. Szło mi się bardzo fajnie wzdłuż strumienia, było coraz chłodniej, robił się wieczór, szłam już cały czas przez Wrocław i miałam do pokonania tylko kilkanaście kilometrów. Doszłam na Psie Pole a później do ostatniej już stacji Kościoła Matki Bożej Miłosierdzia. Jak byłam blisko kościoła zadzwonił do mnie tata z pytaniem „Gdzie jestem?” i żebym już wracała do domu, żadnego słowa wsparcia tylko ściąganie mnie z wyznaczonego celu, jednak nie dałam się zwieść i szłam dalej. Kiedy doszłam do kościoła Matka Boża okazała mi bardzo wiele miłosierdzia i nic nie mówiła, że miałam słabe tempo na kilometr czy późno przychodzę. :-) Szłam dalej a w zasadzie to Łaska Boża ciągnęła mnie za sobą dodając mi otuchy słowami: „Dasz radę, nie poddawaj się, jesteś już blisko.” Kiedy byłam już blisko Kościoła Uniwersyteckiego to nie był koniec trasy ponieważ rozpoczęliśmy z naszego kościoła parafialnego NMP Fatimskiej, żeby dokończyć trasę został mi ostatni odcinek, można powiedzieć ostatnia prosta. Zadzwoniłam do Tadka i powiedziałam szacunkową godzinę dotarcia do celu. Tadek chciał mi towarzyszyć na kilku ostatnich kilometrach trasy. Dzielnie szłam przez miasto nie zwracając na siebie niczyjej uwagi, każdy przechodzień jakby był zapatrzony tylko w swoje sprawy, to jest wielkie miasto nocą, jeśli nie idziesz z zamiarem imprezowania to po co właściwie idziesz?
Przypomniał mi się opis z Dzienniczka św. s. Faustyny:
W pewnym dniu ujrzałam dwie drogi: jedna szeroka, wysypana piaskiem i kwiatami, pełna radości i muzyki i różnych przyjemności. Ludzie idąc tą drogą tańcząc i bawiąc się – dochodzili do końca, nie spostrzegają się, że już koniec. A na końcu tej drogi była straszna przepaść, czyli otchłań piekielna. Dusze te na oślep wpadały w tę przepaść, jak szły, tak i wpadały. A była ich wielka liczba, że nie można było ich zliczyć. I widziałam drugą drogę, a raczej ścieżkę, bo była wąska i zasłana cierniami i kamieniami, a ludzie, którzy nią szli ze łzami w oczach i różne boleści były ich udziałem. Jedni padali na te kamienie, ale zaraz powstawali i szli dalej. A w końcu drogi był wspaniały ogród przepełniony wszelkim rodzajem szczęścia i wchodziły tam te wszystkie dusze. Zaraz w pierwszym momencie zapominały o swych cierpieniach.” (Dz 153)
Kiedy byłam blisko kościoła Chrystusa Króla usiadłam na ławeczce i chciałam chwilę odpocząć, nie siedziałam długo wstałam z zupełnie przyziemną myślą: „Tadek na mnie czeka, podałam mu szacunkową godzinę i muszę się starać dotrzymać słowa.”. Nie pielgrzymowałam dla Tadka, pokonywałam tą trasę dla Boga i Matki Najświętszej, ale człowiek już taki jest, że postrzega świat zmysłami na sposób bardziej przyziemny i bardziej myśli o spotykanych ludziach a dopiero później o Bogu, który jest nad nimi. W tym miejscu trasa pokrywała się z trasą NMP Wspomożycielki Wrocławia pod prąd, kiedy przeszłam pod wiaduktem nie mogłam znaleźć ani trzepaka wyznaczającego geometryczny środek Wrocławia ani kościołów przez które przechodziła, nie sprawdzałam już trasy z GPS-em po prostu szłam tak jak umiałam, pogubiłam się w tych uliczkach, ale ogólny kierunek miałam właściwy. Kiedy doszłam do ulicy Milenijnej niedaleko Mostu Milenijnego zrobiłam przerwę na posiedzenie, siedziałam i odpoczywałam, zmęczenie było tak silne, że z trudem wstałam i szłam dalej. Co ciekawe poza podeszwami stóp nic mnie specjalnie nie bolało ani mięśnie, ani żadne rany, ani plecy, nic a nic, więc jak wytłumaczyć to zmęczenie? W każdym razie to niewytłumaczalne zmęczenie było coraz silniejsze, raz na jakiś czas próbowałam biec, ale szybko przechodziłam do marszu, czasem stawałam, czasem siadałam aż dotarłam do miejsca gdzie Tadka spotkałam. Tadek próbował dodawać mi otuchy, ale widział mój wysiłek i kiedy przechodziliśmy koło domu powiedział: „Przeszłaś już trasę możesz wracać do domu.”, ja mu odpowiedziałam: „Nie przeszłam całej, nie doszłam jeszcze do kościoła.” po czym powiedziałam, że potrzebuję odpocząć na przystanku. Usiadłam i rozmasowałam sobie stopy i powiedziałam do Tadka: „W końcu obydwoje jesteśmy biegaczami więc trzeba się wziąć i biec.”. Ostatni kilometr po prostu przebiegliśmy. Bardzo się ucieszyłam stojąc pod drzwiami kościoła, w moim życiu nastąpił przełom, kolejna granica została pokonana, nie dokonałam tego sama: „W Bogu dokonamy czynów pełnych mocy i On podepcze naszych nieprzyjaciół.” (Ps 108,14)
Po dojściu do domu zastanawiałam się dlaczego tak długo mi zeszło na pokonanie kilkunastu kilometrów trasy od 19 od kościoła na Pawłowicach do 24:12 do kościoła NMP Fatimskiej i znalazłam odpowiedź od Pruszowic były 24 km a nie 14 km jak zobaczyłam na GPS-ie. :-)
Zamysł był taki aby Najdłuższa Trasa NMP Fatimskiej miała długość 144 km w nawiązaniu do Apokalipsy: „I zmierzył jego mur - sto czterdzieści cztery łokcie: miara, która ma anioł, jest miarą człowieka.” (Ap 21,17). Przejście takiej trasy jest zbudowaniem muru obronnego dla naszej Archidiecezji Wrocławskiej, moje jedno przejście to może być wysokość muru na 1 cm, ale każda następna osoba jak dołoży swoją cegiełkę to razem zbudujemy bardzo wysoki mur. :-) Dlaczego taki dystans jest miarą człowieka? Dlatego, że człowiek nie jest go w stanie przejść o własnych siłach i nie może mieć intencji: pokazania czy udowodnienia komuś, że ja potrafię, dam radę. Taką trasę można przejść tylko z Bożą Mocą myśląc o innych. Ja miałam intencje: „O owoce Ekstremalnej Drogi Krzyżowej na tworzonych przeze mnie trasach.”, chciałam żeby ludzie doświadczali na tych trasach obecności Boga i wracali odmienieni. Jakie to będą owoce, to już nie ja o tym decyduję...


2 komentarze:

  1. Anetko dziękuję Ci z doświadczenie takiego wysiłku i przeżycia duchowe..jak docierałem do swego domu to miałem w duszy taką radość ja wojak wracający z wojny..długo będę pamiętał to uczucie..

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tobie też bardzo dziękuję, że wspólnie z nami chciałeś podjąć tak wielki wysiłek. Wiele osób wie o możliwości wspólnego pielgrzymowania a jednak niewiele idzie...

    OdpowiedzUsuń